Rano podzieliłam się z Wami na fb opisem naszego poranka.

Poranek, dzieci szykują się do szkoły, ja robię im śniadanie, ogarniam trochę mieszkanie, trochę śmiechu, trochę sprzeczek…

Średni proponuje, że zejdzie wcześniej poskrobać szyby. Zdawałoby się sielanka rodzinna. To jest ten moment, w którym kończą się wszystkie bajki o wielkiej miłości.

U nas w tym momencie rozpętała się wojna.
– Ja też chcę!!!!
– Ja też!!!
Pędem wkładają buty, szturchając się na przedpokoju. Chwilę zastanawiam się, jak to zatrzymać i niestety nie udaje mi się znaleźć zasobów.
– Stop!!!! Mamy tylko jedną skrobaczkę.
– Ale ja też chcę!!!
-Ja też!!!
Przekrzykują się, a we mnie rośnie i zamiast skupić się chwilę na sobie, na tym, co czuję, reaguję w sposób, który od razu wiem, rozkręci burzę.
– Ty jesteś nie gotowa, masz nieuczesane włosy!!! Ty zostajesz, on wymyślił skrobanie, on idzie to zrobić!!!
Starszy z racji wieku tylko miną manifestuje, że czuje się pominięty, za to młodsza w ryyyyykkkkk
– Ale ja też chcę!!!!! Ja też!!!! Dlaczego zawsze tylko on!!! Ty mnie nie kochasz!!!!!

Wychodzę z domu napięta, skupiona na tym, czy rozpęta się burza pod autem? Czy będzie się darła na całe osiedle?

Chcąc temu zapobiec, dokładam oliwy do ognia:

– Jak nie przestaniesz płakać i się drzeć, już nigdy nie pozwolę ci oskrobać szyb!!!

Płakała całą drogę.

Ja jechałam zdenerwowana, więc dorzuciłam jeszcze kilka mądrości: – Zawsze kończy się tak samo, nic nie można z wami zrobić, bo tylko się kłócicie.

 

Ten wpis jest kontynuacją, ponieważ  bardzo interesowało Was, co w takiej sytuacji.

Przeanalizujmy:

Dzieci kłócą się o to, kto oskrobie szyby. Każde chciałoby to zrobić, problemem jest jedna skrobaczka.

Ja stoję z boku, przyglądam się temu i zamiast towarzyszyć im tu i teraz, czyli jednak dać sobie dłuższą chwilę na poprzyglądanie się sytuacji, bez mówienia czegokolwiek, skupiłam się na pojawiających myślach, u mnie były to: obawa przed spóźnieniem do szkoły, obawa przed tym, że będą kłócić się na osiedlu, przed autem i na korytarzu.

Obie dotyczyły przyszłości, a nie tego, co tu i teraz.

I niestety zareagowałam w oparciu o tą wizję przyszłości i tego, że chciałabym jej uniknąć – „Ty jesteś nie gotowa, masz nieuczesane włosy!!! Ty zostajesz, on wymyślił skrobanie, on idzie to zrobić!!!”

Towarzyszenie w teraźniejszości i zareagowanie na to, co tu i teraz oznaczałoby na przykład uwagę w stylu:

– Stop! Wszyscy razem chcecie skrobać szyby, ale macie tylko jedną skrobaczkę. Jak zamierzacie to rozwiązać?

Momentem kluczowym był ten – „Stop!!!! Mamy tylko jedną skrobaczkę.” W tym momencie nie zwracałam się do nich, tylko z racji swojego zdenerwowania, skupiłam się na problemie i uważałam, że to ja mam go rozwiązać. Tymczasem zawsze na spotkaniach mówię Wam, by nie dać się wciągać w kłótnie rodzeństwa, prawda? 😉

Gdybym im pozostawiła tą odpowiedzialność i zadała to magiczne pytanie – jak zamierzacie to rozwiązać?

W mig ustaliliby podział. Przecież oni doskonale wiedzą, że rano mamy mało czasu, bo musimy zdążyć do szkoły. U nas w domu zwykle nie ma problemów z wychodzeniem, rzadko zdarza się, by coś zaburzyło nam poranek.

Nikt nie czułby się faworyzowany, a to było największym problemem dla najmłodszej – „Dlaczego zawsze tylko on!!! Ty mnie nie kochasz!!!!!” 

Podstawą by tak potoczyła się ta sytuacja, było to, co pojawiało się we mnie. To ja jestem dorosła i to ja powinnam najpierw skupić się na sobie, sprowadzić swoje myśli na teraźniejszość i nawet krzycząc z racji buzujących we mnie nerwów, zareagować w odniesieniu do tego, co widzę, jeśli już w ogóle musiałam reagować.

Tymczasem pozbawiłam ich kompetencji i możliwości samodzielnego znalezienia rozwiązania, narzuciłam swoje rozwiązanie, które jednak faworyzowało pomysłodawcę skrobania szyb, wytknęłam błąd (nieuczesane włosy) najmłodszej i zarzuciłam bierność najstarszemu. Nie mogło skończyć się inaczej jak właśnie kłótnią, w którą byłam zamieszana na równi z tymi kilkulatkami.

Mówiąc krótko, nikt w tej sytuacji nie okazał się dorosły. Swoją siłę i wyższość podkreśliłam autorytarnym rozdzieleniem ról.

Wróćmy jeszcze na chwilę do kwestii spóźnienia się do szkoły. Praktycznie zawsze jesteśmy punktualni, tak jak napisałam, poranki nie stanowią u nas w domu problemu, więc dzieci są w szkole na czas. Co by się stało strasznego, gdybyśmy nawet ten jeden raz się do szkoły spóźnili? Zobaczcie, ile ta obawa podsyciła mi dodatkowych nerwów i jak bardzo była nieważna, gdy myślę o niej na spokojnie.

Grunt to skupić się na sobie w takich momentach, na swoich myślach. Natomiast jeśli takich sytuacji jest dużo i ciężko Wam zadbać w ich trakcie najpierw o siebie, warto zastanowić się, czy aby nie musicie „zatankować”. Zatankować, czyli zrobić czegoś tylko dla siebie, wyjść gdzieś bez dzieci, wysłać je na spacer z mężem i poczytać w tej chwili książkę lub cokolwiek innego, co da wam siłę i energię, by właśnie w takich kryzysowych sytuacjach móc z tej energii skorzystać.

Zdj. pexels.com

 

Inne wpisy