Wspomniałam ostatnio o tym, jak ciężko było nam zachować spokój w okresie świąteczno – sylwestrowy. Nasze zaangażowanie oznaczało większą nudę dla dzieciaków. Nuda ta przeradzała się w nadaktywność i tak czas spędzony w domu na przygotowaniach nie należał do najłatwiejszych.

Między innymi właśnie dlatego pierwszy dzień nowego roku, postanowiłam spędzić z dziećmi na dworze. Zaplanowałam długi spacer po Wrocławiu. Mąż został w domu, ponieważ stwierdził, że musi się wyspać, a my wyruszyliśmy.

Pełna optymizmu, dumna z siebie, że znalazłam na to siłę, wsiadłam do samochodu i niemal od razu dzieci zaczęły się kłócić. Najmłodszej nie podobał się pas samochodowy, więc poprosiła średniego, by zamienił się z nią fotelikiem, gdy ten się zgodził, zmieniła zdanie i jednak chciała wrócić na swój fotelik.

W drodze też się o coś posprzeczali. Na miejscu najmłodsza ze średnim koniecznie chcieli pójść na przełaj i zejść z dużej górki, którą on pokonał bez problemu, za to dla niej okazała się jednak za stroma. Wszedł po nią, jednak zamiast zejść spokojnie, postanowił zbiec, w wyniku czego ona źle stanęła i bolała ją noga. Nie minęło 20 minut, okazało się, że są głodni, ale ubiegłam ich zabierając kanapki z serem. Później zachciało im się lodów, których z racji 1 stycznia nigdzie nie dało się kupić. Najmłodszą nadal bolała noga, więc co chwilę szukała ławki…

Jak widzicie, nie było łatwo, pojawiały się myśli w stylu – „niewdzięczni”, człowiek się stara, a oni niczego nie doceniają”, następnym razem nie zamierzam niczego wymyślać, zostaniemy w domu i niech się nudzą”, niech mnie tylko o coś  poproszą, też mogłam zostać w domu i się wyspać”. Na szczęście wszystkie pozostały niewypowiedziane, a ja skupiałam się na tym, co jednak było fajne. Szłam z najstarszym, rozmawialiśmy sobie o moim nastoletnim życiu, pytał mnie o moje pierwsze miłości, o to jaka wtedy byłam, jak przeżyłam rozstanie z pierwszym chłopakiem, czy wiem, co teraz u niego, itd.

W którymś momencie Dżejdżej znalazła 5 zł, krzyknęła i wskazała palcem, gdzie leży, po czym Fliper je podniósł i kolejną kłótnię mieliśmy gotową. Kazałam mu oddać jej ten pieniążek, na co on odpowiedział płaczem i poczuciem krzywdy, bo przekonany był, że znalezisko należy do niego. Poszliśmy dalej, on z dala od nas, by zamanifestować, jaką jestem niedobrą mamą, skoro kazałam mu to oddać. Postanowiłam jednak nic nie mówić i skupiłam się na pozostałej dwójce, która próbowała mu coś tam dokuczać, że beksa i takie tam:

-Nie dokładajcie mu i bez tego jest mu ciężko. Niech sobie popłacze, to pozwoli mu się uspokoić.

Wracaliśmy tą samą drogą, średniemu udało się jakoś uspokoić i postanowił wrócić w to samo miejsce, by poszukać w nim jeszcze jakiejś monety. Nie skomentowałam tego, choć byłam przekonana, że to przecież nie możliwe. Cieszyłam się jednak, bo udało mu się osiągnąć równowagę. Mija kilka minut, a ten biegnie i krzyczy:

-Mam, znalazłem 2 zł.

W szoku byłam. Jednak wiara jest podstawą wszystkiego, dzięki niej niemożliwe staje się możliwe. Radochę mieli co niemiara. Resztę spaceru spędzili wspólnie poszukując monet i choć nie znaleźli więcej, super się razem bawili, Dżejdżej nawet normalnie szła, czyli noga przestała ją boleć 😉

Kluczowe w takich momentach jest to, jak reagujemy jako dorośli. Dobrze jest zdawać sobie sprawę, że to, co się pojawia w naszej głowie, nie jest najlepszym doradcą i w milczeniu się temu „poprzyglądać”. Wiem doskonale, jak skończyłby się ten spacer, gdybym zaczęła wychowywać ich, poprzez podkreślanie jak dużo dla nich zrobiłam i jak bardzo oni tego nie potrafią docenić. Spotęgowałabym negatywną energię, gdybym zaczęła grozić, że wrócimy do domu, jak się w tej chwili nie uspokoją. Tymczasem milcząc, okazałam zaufanie, że sami są w stanie się dogadać, że Fliper potrafi się uspokoić i poszukać rozwiązania, co zrobić z tym poczuciem krzywdy. To ważna nauka dla dzieci, dla ich emocji i dla kształtującego się poczucia wartości.

Zdj. pexels.com

 

 

 

Inne wpisy